„Trudno nadać sens porządkowi,
który się dzieje wbrew rozumowi”,

autor nieznany

Przez przypadek miałem niedawno okazję zobaczyć fragment odcinkowego filmu z serii. „Sherlock Holmes i doktor Watson”. Rozegrała się w nim mniej więcej taka scena, którą, mając na względzie fakt, że akcja powieści toczy się w epoce wiktoriańskiej, na bieżąco konfrontowałem ze współczesnymi realiami:

„Holmes odwiedza rabusia, który zrabował z sejfu dygnitarza cenny list, raniąc przy tym poważnie jego lokaja (aby zrozumieć osnowę akcji dokonajmy eksperymentu myślowego i dość odważnie zakładamy, że a/ instytucja lokaja wraca, b/dorobiliśmy się majątku i stać nas na lokaja, c/ dokonaliśmy tego uczciwą pracą, d/ lokaj nas nie okrada pierwszego dnia pracy, e/ na dodatek pilnuje naszego majątku). Holmes puka do drzwi (Jest sam! Bez brygady antyterrorystycznej lub znajomych „komandosów”, w ręku trzyma, przecieram oczy, fajkę. Nie, może to mały magnetofon? Dym utwierdza mnie w przekonaniu, że to jednak fajka), za drzwiami znajduje się rabuś z bronią w ręku. Rabuś – kto to? Sherlock Holmes – odpowiada detektyw – proszę otworzyć, jestem sam! – Ten przekręca klucz, uchyla drzwi (Co za niefrasobliwość, przecież to podstęp.) – Ostrzegam, mam broń! (Idiota, odkrywa swoje karty!). – Po co Pan przyszedł? Przyszedłem Pana wybawić od śmierci – odpowiada Holmes – mogę wejść? – Wchodzi (Dajecie Państwo temu wiarę? Tu już jestem przekonany, że akcja rozsypie się, a widzowie odejdą z niedowierzaniem od telewizora. Ale nie, mylę się, jakaś siła, nadzieja i wiara w przestarzale konwenanse trzyma mnie vis a vis telewizora). Rabuś zamyka za nim drzwi na klucz. (Stoją przez chwile odwróceni do siebie plecami – złamanie podstawowej zasady kodeksu przestępców, a może nawet i współczesnej wersji savoir vivre’u – aż się prosi, aby któryś z nich rąbnął drugiego siekierą w głowę).”

Następuje rozmowa, w trakcie której, używając argumentów Sherlock Holmes przekonuje opryszka z bronią w ręku do współdziałania (wyjawienia faktycznego inicjatora spisku) i finalnie poddania się. W końcu dzięki procesowi dedukcji i inteligencji, Sherlock Holmes doprowadza śledztwo do szczęśliwego rozwiązania. Zresztą film naszpikowany jest tego typu podobnymi, zgodzimy się z tym, nieprawdaż? absurdami. To jest chyba jakieś sajensfikszon. Czy Sir Artur Conan Doyle wymyślał sobie te realia, sposób rozmowy, kulturę na potrzeby stworzenia postaci genialnego detektywa? Z pomocą przyszła mi lektura miesięcznika „The Freeman – Ideas on Liberty”, w którym Ryszard M. Ebeling cytuje fragmenty pracy „Ekonomiczne konsekwencje pokoju” z 1919 roku, ekonomisty światowej sławy i przeogromnego wpływu Jana Maynarda Keynes’a:

„Co za niespotykany okres ekonomicznego postępu człowieka dokonał się w stuleciu przed sierpniem 1914 roku (zabójstwo w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcy tronu cesarstwa austro-węgierskiego– przyp. tłum.)! Większa część populacji, to prawda, ciężko pracowała i żyła na niskim poziomie, ale mimo tych widocznych niedogodności, zadowolona była ze swego losu. Ucieczka od takiego stanu rzeczy była jednak możliwa. Każdemu człowiekowi, szarpanego ambicjami aby dostać się do klasy średniej i wyższej, a charakter i zdolności wyrastały ponad przeciętność, warunki dostarczały takiej możliwości. Mógł to uczynić mniejszym kosztem i wysiłkiem oraz za pomocą środków jakie nie były dostępne monarchom czasów wcześniejszych. Mieszkaniec Londynu mógł zamówić przez telefon, popijając w łóżku poranną herbatę, różne produkty z całej kuli ziemskiej, w ilości mu potrzebnej oraz mógł spodziewać się ich dostawy do progu swojego domu rozsądnie szybko. Mógł on również w dowolny sposób dysponować swoim majątkiem inwestując go w dowolnym zakątku świata oraz czerpać z tego korzyści bez jakichkolwiek ograniczeń. Mógł również dla dobra współczesnych i według własnego rozeznania poświęcać bez ograniczeń środki na cele wspólne. Był w stanie natychmiastowo zamówić transport do dowolnego kraju lub strefy klimatycznej na świecie bez paszportu lub innych formalności, wysłać lokaja do sąsiadującego banku po metale szlachetne w ilości potrzebnej na zabezpieczenie wyprawy. Tak przygotowany mógł wyruszyć do rejonów bez znajomości panujących tam religii, języka, zwyczajów, nosząc złoto i srebro przy sobie. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy spotkał się z najmniejszą zaczepką obcych. Ale najważniejsze z tego wszystkiego jest to, że taki stan rzeczy uważał on za naturalny, pewny i stały. Może z wyjątkiem tego, że przed nim rozpościerały się perspektywy zmiany na lepsze. Jakiekolwiek odejście od status quo uważano wówczas za skandaliczne, aberracyjne i do uniknięcia. Przewidywania co do zmian politycznych, militarnych lub imperialistycznych, konkurencja ras ludzkich i kultur, monopole, restrykcje i inne wykluczenia handlowe były, mimo mniejszego lub większego nasilenia i wpływu na ten rajski stan, niczym innym jak rozrywką dostarczaną prze codzienne gazety. Wiadomości o nich nie miały praktycznie wpływu na codzienny bieg spraw ekonomicznych i społecznych. Umiędzynarodowienie (globalizacja – przyp. tłum.) było praktycznie prawie kompletne.”

Ba, nie musimy sięgać aż tak daleko z cytatami. Bolesław Prus opisując działalność Wokulskiego, mimochodem, bo przecież było to cos naturalnego, mówi nam, że ten człowiek interesu podróżował po świecie, robił interesy bez ograniczeń, nie potrzebował wiz, zaświadczeń z banków i tym podobnych. A przecież żył pod zaborem rosyjskim!

Czy zatem możemy się dziwić, dlaczego tak wiele wynalazków, udogodnień, odkryć dokonano przed pierwszą wojną światową lub zaraz po niej, gdy echo i nastrój dawnych czasów panowały w mentalności ludzi? Obowiązywały rządy prawa. Zasady, których bronił James Madison w czasie konstytuowania się Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej: wolność, własność sprawiedliwość, były obowiązujące. Ludzie byli panami własnej osoby. W Europie i krajach satelickich wizy obowiązywały wyłącznie w Rosji carskiej i Turcji. W latach 1850 do 1914 prawie sześćdziesiąt milionów ludzi zmieniło kraj zamieszkania, z czego połowa przypadła na imigrantów do USA. Zmiany na gorsze po I wojnie światowej następowały już lawinowo. Aż trudno uwierzyć w to, że J.M. Keynes, autor powyższego cytatu, przyczynił się również do obalenia starego świata. Trzeba jednak pamiętać, że komuniści robili krecią robotę już w złotym, dziewiętnastym wieku. Efektem ich działalności, tj. agitacji i szerzeniu fałszywej nauki, było wprowadzenie przez „żelaznego kanclerza”, Otto von Bismarcka systemu państwa opiekuńczego. Wielka Brytania wzorując się na Prusach wprowadziła w 1911 roku pierwszy z jej planów opieki medycznej. Waluty krajów wciąż oparte były na zlocie, z pełną wymienialnością na ten kruszec. Stopniowo, po rezygnacji z „zakotwiczenia” walut w złocie i ograniczeniu, a potem likwidacji wymienialności na kruszec nastąpiło pospolite psucie pieniądza. Mniej więcej od początku dwudziestego wieku do czasów obecnych cena za uncję złota wyrażona w dolarach USA wzrosła kilkaset procent (realnie, a nie nominalnie!). Upadek moralności zbierał swoje żniwo i na polu walki. Wojny kosztowały coraz więcej istnień ludzkich, dochodziło do eksterminacji ludności, z powodów narodowościowych (wojny między państwami) lub klasowych (czystki rewolucyjne). Rzeczy nie do wyobrażenia w odchodzącym starym reżimie. Obecnie potrzebujemy przekonać ludzi do koniecznych zmian. Przypomnieć o uniwersalnych zasadach. Aby mogły powrócić stare dobre czasy w sensie moralnym, a nie technologicznym rzecz jasna, ludzie, narody muszą uwierzyć w taką możliwość i „skręcić’ na prawo. „Opcja” im w tym pomoże.

Jacek Matulewicz

Oceń ten wpis:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *