Baczny obserwator historii dostrzega zależność między rozkwitem pewnych idei a natężeniem ruchów społecznych, zjawisk gospodarczych czy zmian politycznych. Moim celem nie jest analiza korelacji między wspomnianymi zdarzeniami oraz stwierdzenie właściwego łańcucha przyczynowo skutkowego. Dlatego możemy się chyba na tym etapie zgodzić na taką konkluzję, że istnieją pewne sprzyjające okoliczności, w obecności których dochodzi do owych zdarzeń.

Obecnie, w Polsce nastąpiło skumulowanie wielu zjawisk (korzystnych i niekorzystnych – tych drugich w stopniu przeważającym) na tyle istotnych, że powinny one stanowić punkt rozpoczęcia otwartej debaty politycznej lub nawet szerzej – społecznej, i w jej konsekwencji przeprowadzenia poważnych zmian ustrojowych w naszym kraju. Osiągnięcie apogeum skutków wcześniejszych złych rozwiązań gospodarczych i politycznych sprzyja decyzjom może i trudnym, ale za to ozdrowieńczym. Doszliśmy w Polsce do takiej bowiem sytuacji, w której akces do UE traktowany jest już chyba niejako wypracowanie dla Polski nowych możliwości w drodze do budowania dobrobytu, ale jako ostatnia deska ratunku, przeznaczenie. Wydaje się, że bez dotacji europejskich w Polsce już nic nie da się naprawić. Sytuacją jest żenującą, kiedy politycy bronią barykad z oscypków, kefiru i wódki jako naszego wkładu do strategii lizbońskiej, a minister rolnictwa przypomina i pomaga rolnikom w składaniu wniosków o dopłaty. A ja się pytam – od kiedy dopłaty są źródłem innowacyjności, przedsiębiorczości i przezorności oraz źródłem wzrostu gospodarczego?

Jeżeli mówimy o zjawiskach mobilizujących nas do podjęcia zdecydowanych decyzji naprawczych, to powinniśmy dostrzec, że z jednej strony mamy do czynienia z kwestiami o znaczeniu międzynarodowym – wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, przed nami wciąż otwarty problem referendum w sprawie przyjęcia konstytucji europejskiej. Z drugiej strony wkrótce odbędą się krajowe wybory parlamentarne oraz wybór nowego prezydenta. Dodatkowo cierpimy na, wydawałoby się, nieuleczalną chorobę deficytu budżetowego, dług publiczny sięgnął ponad stu miliardów dolarów amerykańskich, borykamy się z wciąż niewydolnym systemem opieki społecznej i medycznej, ZUS stoi na krawędzi bankructwa. Co i rusz słyszymy o przenikaniu polityki do sfery gospodarczej, co daje pożywkę korupcji. Bezrobocie sięgnęło blisko 20. procent! Powinno to być nie tyle ciekawym materiałem do badań i dyskusji ekonomicznych, ale alarmem o tragicznym stanie gospodarki, wynikającym nie z immanentnej cechy kapitalizmu (najlepiej „dzikiego”, jak głoszą niektórzy), a wręcz przeciwnie, z silnego przywiązania dotychczasowych ekip rządzących do rozwiązali socjalistycznych, a eufemistycznie nazywanych społeczną lub sterowaną gospodarką rynkową. Nasza trzecia droga. Jeżeli dajemy wiarę tym kilku procentom wzrostu gospodarczego w Polsce, to wiemy, że wystąpiły one nie dzięki działaniom rządu, a mimo nich.

W tych okolicznościach część polityków tak zwanej prawicy wyczuwa potrzebę zmian ustrojowych, co wyraża w dość enigmatyczny sposób, nawołując do powołania IV Rzeczypospolitej. Jedne ugrupowania postulują liberalizację gospodarki, jeszcze inne przeciwnie, nieoddawania „kluczowych” branż prywatnemu, a co gorsza, obcemu kapitałowi. Propozycje te w mniejszym lub większym stopniu, w zależności od programu partii – a raczej obietnic złożonych elektoratowi, przywiązania do często niejasnych i niespójnych wewnętrznie zasad oraz okopaniu się w wybranych przez siebie niszach rynku politycznego – wypływa z potrzeby tych partii do uprzątnięcia bałaganu (zawsze po po-przednikach), a następnie urządzenia Polski według własnego, rzekomo sprawiedliwego i efektywnego modelu. Nawet lewica, w obliczu nadciągającej klęski, ostatkiem sił stara się chwycić gospodarczego, niby liberalnego koła ratunkowego w postaci modyfikowanego w nieskończoność planu Hausnera. Każda partia ma inną, według niej sprawdzoną, formułę wyjścia z kryzysu. My, widzowie politycznego spektaklu, codziennie jesteśmy konfrontowani z nowymi pomysłami naprawczymi. Kasy chorych zmieniają się w Narodowe Fundusze Zdrowia, odprawy przyznawane są jednym, odbierane drugim – w imię wyrównania sprawiedliwości „społecznej”, dotuje się upadające branże, bo przecież nie można patrzeć, jak ludzie tracą pracę, zabrania się budowy supermarketu, bo drobny handel musi istnieć, zwiększa się akcyzy na finansowanie nowych inwestycji, których finalnie nie widać, dopłaca do hektara, bo musi się rolnikowi opłacać, wprowadza się w szkole jedno, zabrania drugiego (nie wspominając o koncesjonowaniu usług edukacyjnych i odebraniu rodzicom wpływu na treści przekazywane w szkołach), niektórzy ministrowie naciskają na Radę Polityki Pieniężnej, ta z kolei stopy procentowe podwyższa lub obniża, jakby miała wiedzę tak potężną, że uważa, iż lepiej spełnia funkcje regulujące popyt na pieniądz niż sam rynek (vide sterowana gospodarka rynkowa), bezpośrednie podatki obniża się (OT), ale pośrednie już nie, wręcz przeciwnie – podwyższa. Jednym słowem, jesteśmy codziennie wystawiani na ciężką próbę dokonywania analizy skutków różnorakich działań. Którą decyzję rządu lub propozycję partyjną poprzeć, która jest właściwa, która sprawiedliwa? Bez efektywnego klucza, według którego będziemy mierzyć rezultaty takich decyzji, nie damy sobie rady w ocenie trafności proponowanych lub już eksperymentowanych na nas rozwiązań.

Zatem podstawowym i wyjściowym kryterium oceny każdej decyzji rządu (i nie tylko) jest kwestia, czy decyzja taka nie narusza wolności jednostki. Wolność jednostki jest kwestią zasadniczą! Świadomi jesteśmy tego i zgadzamy się z tym, że nie wolno nam używać siły wobec innych osób. Zorganizowaliśmy się w państwa, ustanowiliśmy władzę sądowniczą i wybieramy rządy, aby chroniły nas przed agresją innych państw lub współobywateli. I na tym rola rządu powinna się zakończyć. Powinno obowiązywać nadrzędne prawo, że „czego mnie nie wolno, tego nie wolno rządowi”. Motorem działania rządu powinna być sprawiedliwość, a nie współczucie, a osoby zasiadające w rządzie i Sejmie powinny zdawać sobie sprawę, że wierność nienaruszalnej i uniwersalnej zasadzie nieograniczania wolności jednostki jest ważniejsza niż czynienie przez nich „dobra”, zwłaszcza według własnych, zmieniających się co wybory parlamentarne, kryteriów. Ministrowie, wczorajsi szarzy obywatele, muszą pamiętać, że bez ich pseudo-twórczej działalności wszyscy doskonale damy sobie radę. Wypływa to właśnie z zasady wolności jednostki opierającej się na takich aksjomatach, jak (1) występowanie trwałej tendencji gatunku ludzkiego do rozwoju (prokreacja, tworzenie przyjaznego człowiekowi środowiska), (2) wolnej woli człowieka i wolności, jak czynnika sprawczego wszelkiego postępu (wynalazczość, kooperacja, zawieranie umów) oraz (3) oparciu działalności człowieka na takich wartościach jak sprawiedliwość i prawda.

Jeżeli spojrzymy na model państwa z tej perspektywy i podporządkujemy się obowiązkowi używania przemocy państwa tylko w celach ochrony wolności jednostki, okaże się, że swobodna kooperacja ludzi ma dla organizacji społecznej i rynku właściwości samoregulujące – ogranicza biurokrację (nie potrzeba urzędników do wydawania koncesji, kontrolowania działalności gospodarczej, gromadzenia niepotrzebnych informacji, rozdysponowania pieniędzy), reguluje gospodarkę poprzez efektywne lokowanie zasobów (pieniądz trafia tam, gdzie życzą sobie tego obywatele, a nie urzędnik),
i co najważniejsze – wyzwala naturalne, twórcze, nieograniczone wyobraźnią biurokraty, możliwości człowieka. Rola rządu powinna ograniczyć się jedynie do roli sądowniczej, utrzymania bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego (policja i wojsko) oraz administracji rządowej
niezbędnej do prowadzenia polityki międzynarodowej oraz wewnętrznej, która chroniłaby nas przed nadużyciami innych. W takiej sytuacji okaże się, że zniknęłyby problemy typu niepłaconych abonamentów telewizyjno-radiowych, przymusowych składek ZUS, nieistotna byłaby dyskusja
o podatku progresywnym i liniowym (istniałby podatek ryczałtowy, równy dla wszystkich dorosłych obywateli, którego wpływy pokrywałyby wymienione funkcje państwa), powolnemu ograniczeniu, a wreszcie zniesieniu uległyby podatki OT i VAT, cła, dopłaty i akcyzy. Być może, upadłyby PKP
i podobne im zakłady (albo uległyby znacznemu okrojeniu), jeżeli tak życzyliby sobie lego konsumenci (tak jak wybrali oni komputery i edytory tekstu w miejsce maszyn do pisania), zniesione zostałyby instytucjonalne bariery wejścia na rynek, co stworzyłoby faktycznie wolną konkurencję. Zlikwidowanie możliwości psucia (dodruku) pieniądza urealniłoby koszty, zaniknąłby problem tzw. przegrzania i schładzania gospodarki, ceny wraz z postępem technicznym i organizacyjnym wykazywałyby tendencje malejące. Należałoby też wziąć rozbrat z państwem opiekuńczym, z tego powodu, że nie tylko jest ono nieefektywne i marnotrawi owoce naszej pracy, ale jest po prostu niemoralne. Nie byłoby pieniędzy do rozdawania przez polityków, do partii zapisywaliby się ludzie kierowani dobrem ogólnym, faktycznym, a nie własnym. Zniknęłyby konfitury do obdzielania. Bezrobocie spadłoby do poziomu naturalnego, tj. występującego w każdej zdrowej gospodarce, oscylującego na poziomie kilku procent. Generalnie ludzie odzyskaliby władzę nad zarabianymi pieniędzmi oraz sposobem ich wydawania.

Dzięki takim rozwiązaniom Polska miałaby szanse wspiąć się w rankingu wolności gospodarczej, organizowanym przez kanadyjski Instytut Frazera. Dane za rok 1999 wskazują, że na szczycie listy wolności znajdowały się Hong Kong, Singapur, Nowa Zelandia, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, czyli te kraje, które mają najbliżej do proponowanego modelu ustrojowego. Polska uplasowała się na miejscu 85. Przez te pięć lat nic w kra-ju na lepsze się nie zmieniło.

Proponowane zmiany to straszna wizja dla biurokraty. Opory z jego strony są wielkie. Również politycy, którzy z robienia „dobrze” innym uczynili sposób na życie, a po likwidacji takiej możliwości nie czuliby się na siłach podjąć własnej inicjatywy, będą przeciwko idei wolności z całych swoich sił. Większość z obecnie działających partii politycznych straciłaby rację istnienia. Zmalałby wpływ tzw. populizmu politycznego. Wyborcy mieliby jasny, dychotomiczny podział sceny politycznej: po prawej, liberalnej (w znaczeniu europejskim, a nie amerykańskim i odnoszącym się do gospodarki,
a nie moralności), konserwatywno-liberalnej, libertariańskiej, zwolenników wolności jednostki (wolności przepływu kapitału, towarów, przemieszczania się ludzi, nieskrępowanego podejmowania inicjatyw gospodarczych, społecznych), ograniczania państwa w gospodarce, niepsucia pieniądza, i z drugiej, lewej, socjalistycznej, narodowo-socjalistycznej, etatystycznej strony popierającej wpływ i kontrolę państwa w procesy gospodarcze, regulowanie wartości pieniądza, ustanawiający cła, dotacje, zasiłki, ograniczenia handlowe, koncesje itp. Podobny układ partyjny znajdujemy w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Taki podział sceny politycznej ułatwiłby wybór jednej z tych ideologii. Ułatwiłby również, co jest bardzo istotne, wręcz kluczowe, aby system demokratyczny mógł działać – weryfikację obietnic wyborczych. Zwiększyłaby się odpowiedzialność polityków za podjęte decyzje. Skompromitowani byliby łatwiej wychwytywani i zmuszani do odejścia.

Obecnie walkę o wolność jednostki trzeba toczyć na dwóch płaszczyznach: krajowej i europejskiej. Po wstąpieniu Polski w struktury europejskie większość przepisów prawnych tworzonych będzie na poziomie Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Niemniej, i tu, w naszym Sejmie,
jak i w strukturach europejskich musimy znaleźć zwolenników teorii wolnościowej chcących jej bronić.

Zdaję sobie sprawę, że idee przeczące zastanemu status quo zdobywają popularność bardzo wolno. Przebicie się wolnościowej idei w społeczności wychowanej na socjalizmie wymaga czasu, otwartości umysłu, a nade wszystko odwagi ludzi przekazujących wiedzę i informacje innym – nauczycieli, dziennikarzy, polityków czy w ogóle tak zwanych intelektualistów. Każdy z nich powinien sobie zadać pytania: za kogo się uważam, aby innym narzucać siłą (stanowionym prawem) swoją wolę, swój punkt widzenia i sposób myślenia? Czy mam się za kogoś wyjątkowego, stojącego ponad innymi by przepisami sterować ich życiem? Jeżeli tak trudno kierować jest własnym życiem, dlaczego staram się urządzać go innym? Jestem przekonany, że uczciwie myślący człowiek nie znajduje odpowiedzi na te pytania.

Oceń ten wpis:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *